24 kwietnia 2015

Flaga Nowej Francji


     Fleur-de-lis znana także jako “Flaga Lilii” była flagą królewską, która towarzyszyła pierwszym podróżnikom i osadnikom na nowych terenach. Reprezentowała autorytet samego króla na nowo odkrywanych terytoriach. Na początku XVI w. królewska flaga królów Valois miała kolor niebieski wraz z trzema złotymi liliami / fluer-de-lis / reprezentującymi tarczę, która jako taki symbol pojawiła się w francuskim herbie. 
      Pierwotnie flaga „pojawiła się” na pieczęci Ludwika VIII i „zawierała” wiele pojedyńczych lilii, została zmodyfikowana przez Karola V w roku 1365 i była odzwierciedleniem istoty Trójcy Świętej co miano uzyskać właśnie przez symbolikę trzech lilii. Modyfikacja nie nastąpiła nagle, ale miała charakter powolnych zmian gdy systematycznie usuwano kolejne lilie z flagi aż po wersję ostateczną z trzema liliami. 

    
     Flaga z wieloma liliami znana także jako: „zasiew”, mogła raz jeszcze pojawić się w końcu XVIII w.  Stylizowane lilie, same w sobie, po raz pierwszy pojawiły się na monetach Ludwika VI i Ludwika VII.  Także obraz olejny na płótnie pt:  « La France la Foi aux Indiens de la nouville France"  z roku  1675 przypisywany Frcre Luc  (1614-85) przedstawia kwadratową niebieską flagę z trzema złotymi liliami, powiewającą z masztu  okrętu. 


     Także inny obraz olejny na płótnie, nieznanego Amerykańskiego artysty, z roku 1757 przedstawia sceną przejęcia francuskiego okrętu w porcie New York, z którego masztu powiewa kwadratowa niebieska flaga z trzema liliami, na ilustracji w książce lilie wydają się być koloru białego aczkolwiek równie dobrze mogą być żółte.
“Flaga Francji” miała proporcje 1:1 / kwadrat / i 2:3 / prostokąt /.
     Wydaje się nieprawdopodobnym by ten rodzaj flagi powstał w wyniku mieszania się różnych stylów flag innych, banerów czy sztandarów. W omawianym okresie znano już techniki nanoszenia stałych oznaczeń czy ozdób na materiały. „Fluer-de-lis” tłumaczy się jako : Kwiat Lilii. Ten rodzaj flagi kojarzy się także z francuskim sztandarem wojennym. Ta niebieska flaga była w powszechnym użyciu na przestrzeni od roku 1400 do 1590. Przypuszcza się także iż kilku zawodowych twórców flag błędnie „kwalifikowało” tą najpopularniejszą flagę Francji w odniesieniu i do innych okresów historycznych tzn. aż po rok 1690.
Zgodnie z twierdzeniem jednego z handlarzy flaga ta  pojawia się w roku 1605 tj. od utworzenia pierwszych francuskich osad w Port Royal jako oficjalna flaga Kanady aż po czasy ustanowienia Pokoju Paryskiego w roku 1763.  Inny handlarz sprzedawał te flagi jako” jedne z najważniejszych flag Francuskiej Kanady od roku 1534 aż po czasy Traktatu Paryskiego w roku 1763”.
       Niebieska Flaga Francji zawsze była oficjalnym sztandarem tego państwa i nigdy na mocy prawa nie była „delegalizowana” natomiast sukcesywnie zastępowana była, przez  zdobione liliami flagi białe, aż po rok 1830.  





znalezione gdzieś w internecie

oprac. Janusz Cree

 

16 kwietnia 2015

Kuchnia De la Marine


Marines przygotowywali swoje posiłki w terenie lub na kominkach w kwaterach. Każdemu marins wydawano dzienną porcję żywności:

-       0,5 funta solonej wieprzowiny

-       0,5 funta suszonego grochu

-       1,5 funta herbatników

oraz raz w miesiącu funt masła. Dostawali również melasę. Duże ilości syropu klonowego zakupowano od Indian. Syrop był bardzo popularny. Świeża wołowina wydawana była rzadko. Czasami marinsom pozwalano polować na jelenie i inną zwierzynę. W fortach farmerzy sprzedawali zboże i warzywa.

Innym rodzajem żywności kupowanym od Indian był pemikan robiony z suszonego mięsa jelenia lub bizona wymieszanego z gniecionymi jagodami leśnymi. Wszystko zmiksowane w formę pasty pakowano ciasno w worek z bizoniej skóry. Dla uszczelnienia worka na wierzchu wylewano zwierzęcy smalec. Worek z pemikanem powinien ważyć do 90 funtów. Spożywany był w formie zup, duszony lub smażony. Pemikan utrzyma się w każdej temperaturze wiele miesięcy.

 widelec XVIII w.

tłum. YP

Ted Spring - Sketch Book 56 vol. 2 - The French Marines 1754-1761 

9 kwietnia 2015

Fort William Henry - cz. 9

     Anglicy, którym udało się uciec, biegiem przybyli 16 mil do Fortu Edward. W większości byli to szeregowi żołnierze. Pierwsza grupa, całkiem wyczerpana, dotarła do fortu około 7 rano. Pomiędzy 10 a 11 przybyła kolejna grupa; wszyscy byli prawie nadzy i w bardzo złym stanie. Ostatecznie w ciągu najbliższych trzech dni do Fortu Edward dotarło mniej więcej 650 żołnierzy. 
     Spośród 34 oficerów armii regularnej do Fortu Edward przedostało się tylko 3! Jonathan Carver, po wyczerpującej wędrówce przez las, dotarł do zbawiennego fortu 13 sierpnia. W niedzielę 14 sierpnia wieczorem do Fortu Edward przybyło 30 żołnierzy francuskich pod dowództwem porucznika Savornin z regimentu La Sarre. W skład grupy wchodził również angielski porucznik Hamilton z 35. Regimentu. Przekazali list od Montcalma adresowany do Webba. Montcalm informował w nim, że przybędzie pod białą flagą, aby przekazać 500 jeńców będących pod opieką Francuzów. Następnego dnia kolumna Anglików, eskortowana przez 400 francuskich grenadierów, dotarła do Fortu Edward. Wśród przybyłych znajdował się pułkownik Monro oraz ciężko ranny Young. Ocalenie znalazł także niejaki Ezekiel Stevens z regimentu New Hampshire, który w czasie ataku Indian został uderzony tomahawkiem, a następnie żywcem oskalpowany. Do końca życia nie widywano go inaczej jak tylko z mocno naciągniętym kapeluszem na głowie. Montcalm zapewniał Webba, że wszyscy jeńcy wzięci do niewoli przez Indian w Forcie William Henry zostaną zatrzymani w Montrealu i odesłani poprzez Louisburg do Halifaksu. Było to raczej pobożne życzenie generała. Masakrę uznał za osobistą zniewagę i teraz, zbyt późno, starał się zapanować nad sytuacją i zachować twarz przed jeńcami, wobec których nie dotrzymano warunków kapitulacji.

* * * 
 Indianie wraz z jeńcami dotarli do Montrealu już 15 sierpnia, gdzie stanęli obozem w Lachine. Według francuskich świadków podczas uczty zwyczajowo wieńczącej zwycięstwo jeden jeniec został zabity, ugotowany i zjedzony przez biesiadników, ale możliwe, że bez wiedzy Francuzów ugotowano ich znacznie więcej. Następnego dnia gubernator Vaudreuil rozpoczął negocjacje dotyczące wykupienia jeńców, proponując dwie baryłki brandy za każdego Anglika. Oferta została odrzucona, a Indianie byli po raz kolejny zdegustowani postępowaniem Francuzów. Obecny tam Abbé Picquet zanotował przemowę jednego z wojowników: „Walczę o łupy, skalpy i jeńców. Wam wystarcza wzięcie fortu i pozwalacie żyć waszemu i mojemu wrogowi. Ja nie chcę trzymać takiej padliny do jutra. Gdy się jej pozbędę, nigdy mi już nie zagrozi”. Ostatecznie po dwóch tygodniach negocjacji Vaudreuil wykupił, jak mu się zdawało, prawie wszystkich jeńców. Cenę ustalono na 30 butelek brandy oraz 130 liwrów w towarze za każdego jeńca. Indianie obładowani brandy i wszelkimi dobrami opuścili Montreal i udali się do swych wiosek. Wieźli także ze sobą czarną ospę, którą zarazili się od przybyłych z Europy żołnierzy francuskich. Już nigdy nie ruszyli w większej liczbie na pomoc Nowej Francji.
     Dokładne określenie brytyjskich strat jest niezwykle trudne. Według raportu Monro, z tego, co widział na własne oczy, w czasie masakry 10 sierpnia bezpośrednio przy obozie zabito 44 żołnierzy. Wzdłuż drogi znaczącej trasę ucieczki Anglików odnaleziono 25 ciał. Nie jest całkowicie jasne, czy w liczbach tych Monro uwzględnił 17 rannych zabitych jeszcze na terenie obozu wczesnym rankiem feralnego dnia. Kolejne pytanie, które się nasuwa, to, czy w ogóle wzięto pod uwagę nieznaną liczbę zamordowanych kobiet i dzieci. Nigdy nie dowiemy się, ilu żołnierzy zostało zabitych przez Indian podczas ich ucieczki przez las w kierunku Fortu Edward. Ucieczka drogą mogła wydawać się bardziej ryzykowna, dlatego z pewnością wielu wybrało trasę na przełaj, o czym świadczą losy Jonathana Carvera. Oficjalnie raporty wojskowe podawały, że w Forcie William Henry stracono 129 żołnierzy pułków regularnych. Liczba ta podaje łączne straty w zabitych i zaginionych. Co do regimentów prowincjonalnych sprawa jest nieco trudniejsza i można jedynie podać liczbę przybliżoną.
     10 sierpnia do niewoli dostało się przynajmniej 750 Anglików. Wielu z nich udało się Francuzom wykupić w Montrealu, lecz wbrew opinii gubernatora Vaudreuila Indianie nie wydali Francuzom wszystkich jeńców. Jak wielu powleczono do indiańskich wiosek, pozostaje niewyjaśnione, ale mogło ich być co najmniej 200. Na przełomie października i listopada z Montrealu przetransportowano do Bostonu 304 jeńców, w tym jedenaście kobiet i czworo dzieci. Nie wiemy dokładnie, jak wielu z nich dostało się do niewoli w Forcie William Henry. Wśród nich znaleźli się także żołnierze schwytani podczas bitwy w Sabbath Day Point. Ogółem do końca listopada Vaudreuil wysłał do Europy 1320 jeńców, w tym także byłych podkomendnych pułkownika Monro. Jednak do końca 1757 roku nie odnalazło się 350 ludzi z Fortu William Henry. Ich los pozostawał nieznany. Niektórym udało się po wielu perypetiach powrócić do domu, choć trwało to czasem bardzo długo. Ostatnim żołnierzem, który dostał się do niewoli w Forcie William Henry i powrócił z niej, był Joshua Rand z Massachusetts. Dotarł szczęśliwie do domu w grudniu 1763 roku. Pułkownik Monro zmarł niespodziewanie w styczniu 1757 roku w Albany na ulicy. Przyczyną był atak apopleksji. Na ile do ujawnienia się choroby przyczyniły się wydarzenia nad Jeziorem Jerzego, których był świadkiem, nie wiadomo. Z pewnością nie pozostały bez wpływu.
      Czy Webb byłby w stanie odwrócić bieg zdarzeń, gdyby wyruszył z odsieczą dla Fortu William Henry, pozostaje mocno wątpliwe. Można przypuszczać, że mimo wszystkich kłopotów planował jednak pomoc dla pułkownika Monro.
      8 sierpnia wieczorem Webb napisał list (być może pod wpływem nowoprzybyłego dowódcy batalionu Royal America George’a Howe’a), w którym pisał do Monroe: ,,Życzymy Ci z całego serca, byś był w stanie utrzymać się nieco dłużej”. Monro miał także niezwłocznie odesłać odpowiedź zawierającą informację o sile Francuzów oraz odpowiedzieć na pytanie, jak długo mogą się jeszcze utrzymać. Jeśli Webb rzeczywiście chciał wysłać pomoc, to jego plany okazały się mocno spóźnione. Być może list był wyłącznie demonstracją dobrej woli. W Forcie Edward Webb dysponował pięcioma tysiącami ludzi, lecz w większości była to kolonialna milicja, słabo wyekwipowana i z zasady niekarna. Nie dysponował też odpowiednią liczbą indiańskiego zwiadu. Leśna katastrofa Braddocka mogłaby się powtórzyć. Webba można oskarżyć o wiele rzeczy, jednak nie o głupotę. W razie klęski odsieczy Webb stałby się odpowiedzialny za pozostawienie całej północnej granicy bez ochrony. Droga do Albany stałaby dla Francuzów otworem. Łatwo jest jednak ferować wyroki z perspektywy 250 lat, siedząc w wygodnym fotelu.
 
oprac. Marcin Pejasz 
 
KONIEC
 
 
 Pierre de Rigaud markiz de Vaudreuil-Cavagnal
 
 

30 marca 2015

Ładownica - Cartridge box

Ładownica bardzo potrzebna do przechowywania ładunków. Jest to typ ładownicy przymocowywanej do pasa (belly box). Szerokość między 7 - 8 cali a wysokość 3 - 4 cale (lub inne ale by było wygodnie), otwory oczywiście pasujące pod kaliber ładunku. Poniżej kilka zdjęć jak zrobić taką ładownicę.

  • Sosnowy klocek z nawierconymi otworami głębokości 5,5 cm
  • Wycięte skórzane dno i bok
  • Dopasowany klocek do zszytych części, docięta klapa główna i uszy do pasa przygotowane do zszycia
  • Doszyta klapa główna i boczki
  • Po doszyciu mniejszej klapki z cieńszej skóry
  • Efekt końcowy
Efektami swojej pracy podzielił się YP



20 marca 2015

Fort William Henry - cz. 8

     Wraz z nastaniem feralnego dnia 10 sierpnia około piątej rano brytyjskie oddziały regularne rozpoczęły formowanie kolumny, by jak najspieszniej wymaszerować do Fortu Edward. Indianie prawie natychmiast zdezorganizowali cały porządek, wchodząc między żołnierzy. Rozpoczęły się incydenty, wojownicy zabierali bagaże, broń i mundury. Zabrali też od razu konie przeznaczone do zaprzęgu dla jedynej armaty, którą pozwolono zabrać Brytyjczykom. Inne grupy przedostały się w tym czasie na teren obozu, gdzie przebywały jeszcze oddziały wojsk prowincjonalnych oraz kobiety i dzieci żołnierzy. Szybko pozabijali znajdujących się tam 17 rannych. Francuskie pikiety wraz z oficerami, wśród których rozpoznano Saint Luca de La Corne, nie kiwnęły palcem, by pomóc rannym. Zaczęły się rabunki. Wojska prowincjonalne starały się naprędce uformować kolumnę, by opuścić obóz, lecz okazało się to już niemożliwe. Indianie, w wielkiej liczbie, byli wszędzie dookoła.
     Jonathan Carver z regimentu Massachusetts wspominał: ,,Momentalnie zdarli ze mnie mundur, kamizelkę, pas główny i kapelusz. Carver błagał francuskie pikiety, ale ci nie chcieli pomóc, nazywając Carvera „angielskim psem”. Kiedy większość żołnierzy mimo problemów opuściła obóz, któryś z Indian wydał okrzyk wojenny, co stało się sygnałem. Setki Indian ruszyły na zdezorientowanych Anglików, zabijając i skalpując bez wyjątku. Obóz angielski w mgnieniu oka stał się miejcem iście dantejskich scen. John Maylem wspominał po latach: „[…] dzikie, piekielne wycie rozlegało się wszędzie wokół, zwiastując śmierć kolejnego żołnierza, kobiety lub dziecka”. Z kolei Jonathan Carver z trudem był w stanie opisać sceny, jakie miały miejsce tego dnia: „Mężczyźni, kobiety i dzieci byli skalpowani i zabijani w najbardziej okrutny sposób. Wielu z tych dzikusów chłeptało ciepłą jeszcze krew swoich ofiar”.
     Brytyjczycy rozpierzchli się w panice i nie było już mowy o przywróceniu porządku i formowaniu kolumny. Liczba zabitych rosła w przerażającym tempie. Żołnierze, w większości błyskawicznie pozbawieni mundurów i broni, sparaliżowani strachem, nie byli w stanie stawić najmniejszego oporu i po prostu zaczęli uciekać, biegnąc w stronę Fortu Edward. Zabijanie Anglików, wbrew powszechnej opinii, trwało krótko, być może 15 minut, po czym rozpoczęło się masowe branie jeńców. Mniej więcej w tym samym czasie do obozu brytyjskiego przybiegł Levis, pierwszy oficer francuski, który próbował ochraniać jeńców brytyjskich. Efekt był taki, że wielu żołnierzy francuskich również zostało rannych. Kilka chwil później, biegnąc, zjawił się również Montcalm w towarzystwie swoich adiutantów. Zjawił się zbyt późno, by zapobiec morderstwom, lecz chciał przynajmniej odzyskać z indiańskich rąk Brytyjczyków. Udało mu się odebrać Indianom oficera i kilku innych żołnierzy. Był to poważny błąd. Kiedy Indianie zorientowali się w zamysłach Francuzów, zaczęli zabijać wziętych do niewoli, woląc zachować skalp, niż oddać jeńca. Inni starsi oficerowie oraz francuscy tłumacze przydzieleni do Indian również starali się ratować wziętych przemocą ludzi Monro.
      Kapitan Jean-Nicolas Desandrouins pisał, że został obudzony przez hałas. Szybko się ubrał i pobiegł w stronę angielskiego obozu. Na miejscu Desandrouins zobaczył angielskich żołnierzy całkowicie bezradnych i tak bardzo przerażonych, że w najmniejszym stopniu nie stawiali oporu. Dzięki pomocy ojca Abbé François, sulpicjana od lat pracującego wśród Seneków i Huronów, Desandrouins wykupił od Indian czterech brytyjskich oficerów. Ojciec Pierre Roubaud, misjonarz żyjący wśród Abenaków z St. Francis, natrafił na szalejącą z rozpaczy kobietę, której Indianie odebrali malutkie dziecko. Od francuskiego oficera dowiedział się, że w obozie jest wojownik Huronów z sześciomiesięcznym dzieckiem. Ojciec Roubaud odnalazł Hurona i spostrzegł, że dziecko jest całe i zdrowe, wesoło gaworząc, bawi się naszyjnikiem wojownika. Po dłuższych negocjacjach przekonał Hurona, by oddał dziecko w zamian za świeży angielski skalp. Czym prędzej pobiegł do obozu swoich Abenaków, prosząc o skalp. Dostał od Abenaków nie jeden, lecz kilkanaście do wyboru. Kiedy transakcja z Huronem dobiegła końca, ojciec Roubaud zwrócił dziecko kobiecie i szczęśliwie odprowadził oboje do francuskiego obozu.
     Większość Indian w tym czasie zaczęła spiesznie uchodzić, zabierając ze sobą jeńców, aby nie odebrali im ich Francuzi. Angielski żołnierz James Furnis próbował uciekać w kierunku Fortu Edward, ale po dwóch milach został schwytany przez Indian. Ci zabrali go ze sobą, lecz już nie do obozów, ale od razu na brzeg jeziora, gdzie znajdowały się indiańskie canoe. Po drodze cała grupa napotkała francuskie pikiety i Furnis został przez nie przejęty. Wielu jeńców nie miało jednak tyle szczęścia. John Maylem opisał, jak został pochwycony i zabrany nad jezioro. Umalowano go na sposób indiański i zaprowadzono do canoe. Tam spostrzegł co najmniej 50 innych jeńców również umalowanych i częściowo ubranych na indiańską modłę. Miało utrudnić rozpoznanie wśród nich angielskich brańców. Jak wspominał Maylem, flotylla ruszyła niezwłocznie w drogę, starając się omijać ewentualne francuskie posterunki. Po pięciu dniach dotarli do Montrealu, gdzie szczęśliwie Maylem został wykupiony przez Francuzów. Większość Indian opuściła francuskie obozy tego samego dnia, kierując się w stronę Montrealu. Z armią Montcalma pozostali jedynie Abenaki..
cdn.
oprac. Marcin Pejasz



 

10 marca 2015

FIW w obrazach - Buxton

John Buxton jest malarzem, dzięki któremu historia ożywa. Patrząc na jego obrazy czujemy klimat czasu, który nam ukazuje. Jego malarstwo skupia się głównie na przedstawianiu XVIII wiecznych Wschodnich Indian Leśnych, będących częścią tworzącej się wówczas młodej historii Ameryki. Więcej o Buxtonie można znaleść na stronie :



oprac. YP

 

3 marca 2015

Fort William Henry - cz. 7

     Około południa przy bramie doszło do ceremonii przekazania fortu, a 450 Brytyjczyków odmaszerowało w stronę oszańcowanego obozu, w którym zgromadzili się wszyscy żołnierze. To z obozu następnego dnia cała kolumna miała ruszyć w stronę Fortu Edward.
    Do opuszczonego fortu bardzo szybko przedostali się indiańscy wojownicy poszukujący łupów. Mimo obecności Francuzów zabili kilku spośród 47 rannych pozostawionych w forcie. Roubaud, francuski misjonarz i tłumacz Abenaków, spostrzegł jednego wojownika, o którym wspominał: „W swym ręku niósł głowę Anglika, z której strumieniem lała się krew”. Francuzi nie bez kłopotów zdołali zapobiec rabunkowi wojskowych zapasów oraz dalszemu zabijaniu rannych jeńców, w tym kapitana Ormsby. Indianie nie wykazali zrozumienia dla francuskich perswazji. Byli niezadowoleni, uważając, że wszystkie najlepsze łupy Francuzi chcą zagarnąć wyłącznie dla siebie. Jasno dał temu wyraz jeden z wojowników, mówiąc: „Francuzi okazali się kłamcami, obiecali nam plądrowanie wraz z łupami i w taki czy inny sposób będziemy to mieli”. Indianie szybko też znaleźli się w brytyjskim obozie, gdzie doszło do rabunków i przywłaszczania mienia. Niektórzy oficerowie ofiarowywali Indianom pieniądze, aby zachować swoje osobiste bagaże. Sytuacja wymykała się spod kontroli. Obóz udało się oczyścić z wojowników dopiero po bezpośredniej interwencji Montcalma i niektórych wodzów. Nie był to najlepszy prognostyk na dzień następny. 
   O północy z 9 na 10 sierpnia do obozu brytyjskiego przybyła francuska eskorta w sile 200 żołnierzy z regimentów La Reine i Languedoc. Montcalm i Monro doszli do wniosku, że być może należy zmodyfikować wcześniejsze ustalenia i wymarsz Brytyjczyków powinien zacząć się w nocy, nie czekając świtu. Miało to zapobiec jakimkolwiek incydentom ze strony Indian. Monro obawiał się także o los kobiet i dzieci będących w obozie, a niepodlegających umowie o honorowym parolu. Mimo zachowanych środków ostrożności Indianie szybko zorientowali się w sytuacji i zablokowali całą kolumnę, zanim ta zdążyła w ogóle wyruszyć. Rada oficerów obu armii uznała, że w zaistniałej sytuacji rozsądnie będzie zaczekać z ewakuacją do rana. Do tej decyzji z pewnością przyczyniły się też raporty francuskich oficerów przydzielonych do obozów Indian. Twierdzili oni, że co najmniej dwóch trzecich wojowników nie ma w obozach i nie bardzo wiadomo, gdzie są. 
   Indianie stali się jeszcze bardziej agresywni, wietrząc europejski spisek. Najpierw nie pozwolono im splądrować fortu, a później obozu. Teraz Francuzi starali się w tajemnicy wyprowadzić jeńców. Z pewnością nie poprawiło to nastroju i tak już mocno zdegustowanymi rozeźlonym wojownikom indiańskim.
     W nie najlepszych nastrojach byli także Anglicy. Jamesa Furnisa i Adama Williamsona, oficerów, którzy uszli z życiem w czasie klęski Braddocka, wcale nie pocieszał fakt, że do ich obozu przydzielono Francuzów w charakterze ochrony. Pośród nich znajdował się kapitan Jean Daniel Dumas, który przyczynił się do klęski nad Potokiem Żółwia, oraz Michel de Langlade, półkrwi Ottawa, sprawca niedawnej masakry w Sabbath Day Point. Francuzi ostrzegali też Anglików, że jeśli w obronie swoich bagaży, nawet przypadkowo, zginie jakiś wojownik, to nawet sam Montcalm nie będzie w stanie zapobiec poważnym kłopotom. 
 
cdn.
 
oprac. Marcin Pejasz
 
żołnierze regimentu de la Reine i Languedoc, ok. 1756
http://www.cmhg.gc.ca/cmh/image-181-eng.asp?page_id=223
 
 

„Tajemnicze wyspy” Windward Islands

       Compagnies franches de la Marine stacjonowali nie tylko w Nowej Francji, ale i w innych koloniach francuskich. W anglojęzycznych opra...